Obrazek targowy

Kolejka do budki z mięsem zakręca przy budce z płaszczami. Dobrze, że opina, ma trochę opinać informuje z przekonaniem pani sprzedająca panią przymierzającą, opinaną przymierzanym płaszczem. Pani sprzedająca ma na sobie dwa opinające polary, więc zna się i wie.  Przymierzająca kręci się wokół własnej osi przed opartym o krzesło lustrem, które wygląda jakby miało gdzieś. Staszek, chodźże zobacz przywołuje więc sędziego ostatecznego, ten jednak wygląda tak samo jak lustro.

Kolejka posuwa się wolno i zaczynam żałować swego przywiązania do poranno-sobotniego zwyczaju wizytowania Nowego Kleparza; zapomniałam o nadchodzącym świątecznym poniedziałku, który oznacza przecież konieczność gromadzenia zapasów. Pan z początku kolejki odchodzi wreszcie z czterema siatkami wędlin i zdaję sobie sprawę, że moje dwadzieścia deko sopockiej zabrzmi żałośnie. Po cichu decyduję się jeszcze na salami.

A ta, proszę panią, wędzona kiełbaska, to ona jest jaka? chce wiedzieć następna w kolejce.  Przewracam oczami i zastanawiam się, jak blisko jestem momentu w życiu, w którym zacznę w takich sytuacjach prychać i wzdychać. Czuję, że blisko i trochę mnie to niepokoi. Gdybym sprzedawała wędliny nie znosiłabym wszystkich pytań z „proszę panią” w środku zadawanych tonem wyrafinowanego konsumenta kiełbasek jakości jedynie najwyższej, zwłaszcza w sytuacji wysoce kolejkowej. Dobra jest proszę panią, krucha taka odpowiada cierpliwie rumiana sprzedawczyni, a ja przypominam sobie, że nie znosiłabym też klientów wprowadzających do procesu zakupowego wątki biograficzne. Bo mój mąż to nie za bardzo lubi wędzone… dzieli się bowiem z nami wyrafinowana konkumentka kiełbasek jakości jedynie najwyższej; dzieli się i rozgląda, czy ktoś odbije wypuszczony przez nią balon  informacji. Nikt się nie zgłasza, balon z samotnym mężem nielubiącym wędzonych kiełbasek unosi się więc nad naszym głowami i znika.

Źle mi z własną frustracją, idę więc sobie zrobić dobrze na dział z warzywami; tam jest taka pani, dla której zawsze jestem kochaniutka. Omijam kolejne stoiska zręcznie unikając kontaktu wzrokowego i podziwiając jednocześnie czujność tych, co po drugiej stronie. Jedno uchwycone spojrzenie i a może pietruszeczki świeżej już łapie mnie w potrzask. Nie ma tak, nie dam się; nie będę jak mój ojciec-klient-idealny, który złapany na wzrokowy kontakt zawsze odchodzi z latarką, budzikiem, lornetką lub szachami.

Z wędliną w siateczce i pietruszeczką w ręce przedzieram się raźno przez tłum. Pietruszeczka pachnąca mnie nagle przebiera, znika frustracja dzięki świeżej naci, teraz chcę być kobietą robiącą zakupy na targu, wąchającą dojrzałe, słońcem pachnące pomidory, z których potem przyrządzę śniadanie dla ukochanego. Porwana przez tę rolę kupuję jeszcze bagietkę i cztery goździki; żałując, że nie mam wiklinowego koszyka.

Siatka, co ją mam zamiast, wrzyna mi się w palce i wybija z roli, czyniąc mnie niestety na nowo kobietą z siatką. Zgrzaną kobietą z siatką, w której bagietka się właśnie złamała na pół.

 

Opublikowano Między innymi | 4 komentarze

Open space

Kompleks trzech budynków o angielskiej nazwie mieści się już prawie za miastem; wiezie mnie do niego tramwaj, wiezie, wiezie i wyrzuca na pętli. Po lewej stronie już pola, po prawej szklany świat. Dostaję się do niego za pomocą badża; wejście – piip, bramka –piip, wejście drugie  –piip. Mój badż jest tymczasowy, nie ma jeszcze zdjęcia. Pisze na nim, ze jestem nowa, na wypadek gdyby ktoś się nie zorientował po oczach błędnych i badża używaniu ostrożnym, niepewnym na piip czekaniu. Podglądam doświadczonych, co używają jakby od niechcenia i nie czekają wcale; też tak chcę, też próbuję – w pierwszej próbie bez świadków klinuję się w bramce.

W każdym z trzech budynków o angielskiej nazwie czysto, jasno i bardzo przestrzennie. Wchłania mnie ta przestrzeń razem z moim badżem, dzięki temu badżowi mnie niesie. Inni dają się nieść bez pośpiechu; wokół raczej spokojne rozmowy, przestudzone herbaty i kawy, przegląd prasy w stołówce niespieszny. Wszyscy raczej open, frendly i ju welkom, w open spejsach działa klima i klimat jest zespołowy. Zespół to jest team, a spotkanie stand up, chyba, że się siedzi, no to wtedy nie wiem.

Siedzę zatem, czas mi płynie, światło gaśnie i zapala się samo. Z biurka, co ma numer, loguję się w świat, patrzę jak się kurczy po zalogowaniu.  Joe ze Stanów pisze, że raczej approved, Ashid z Indii, że telefon już działa. Podnoszę głowę w zdumieniu, nikt inny się jednak nie dziwi. Myślę sobie, kim jest Ashid i co tam u niego. Myślę sobie, wyobrażam i zoomuję świat.

Gdzieś tam w Indiach siedzi Ashid, może dłuży mu się czas. Patrzę w okno jak na polach jesień kładzie się na wznak.

Opublikowano Między innymi | Otagowano | 5 komentarzy

Do startu

Dziwcie się, ale lubię powroty z wakacji. Gdy ekscytacji już dość i wrażeń jakby wystarczy. Gdy fajnie, fajnie, ale właściwie już można by. Do starych kapci i zwyczajów wrócić, do pobudek, notatek i do kalendarza. Do patelni domowej i jajecznicy na niej, do pilota i Faktów zamiast zdjęć na tle.

No to jestem, już wracam, odnowiona, zmęczona nowością. Drzwi mieszkania ziewają zbudzone z długiego letargu. Gęsto za nimi, gęsto od niebycia, ociężałą ciszę wypędza walizka na kółkach. Wnosi obce zapachy, które ulotnią się szybciej niż opalenizna.

Lubię ten moment, gdy patrzę na własne mieszkanie oczami obcego zwiedzacza. Wszystko po staremu, lecz jakby inaczej; filtruję Zastane przez to co Dopiero Co. Balkon się peszy udawanym ogrodem z pojedynczym leżakiem. Pamiętam nagle kawę niedopitą i obrażoną sukienkę, którą w ostatniej chwili wyprosiłam z walizki. Zrobiła miejsce dla kilku pamiątek, których normalnie bym nigdy, lecz w nastroju turysty a jakże. Układam je teraz, trudno, miejsca szukam, przekupuję przestrzeń nową dekoracją, która powiew ma wnieść, by nie było. Będę mogła mówić, że A to, to jest z, sę poszerzę kolekcję dowodów bywania.

Co widziałam, to fajnie, ale teraz już czas. Walizkę schować, zdjęcia sfejsbukować, z głową nową, z ulgą zwykłą usiąść na starej kanapie. Do startu, gotowi i luz.

Opublikowano Między nami | 8 komentarzy

Przy sobocie

W moim domu rodzinnym sobota była zawsze Dniem Wielkich Porządków. Żaden innym dzień nie miał tak silnie przypisanej funkcji jak sobota, nie siedź tak, jest sobota; nie śpij tyle, jest sobota; mówiło się, poczucie sobotności nadając domownikom, w sobotność ich ubierając jak w strój roboczy, który, swoją drogą, był sobotnim dress codem oficjalnym, myło się w nim, ścierało, układało, było.

Nie miałam z tym właściwie większego problemu, bo lubiłam sprzątać. Jeśli  miałam problem to z tym sobotnim musem, z sobotnością wymuszoną, a nie spontaniczną, z sobotnością konieczną, choćby nie wiem co, z sobotnością, bo należy, wypada, bo wszyscy. Od tego jest sobota, żeby sprzątać,  słuchałam słów jak przysłów;  gdzie ty się podziewasz, przecież jest sobota,  rzucano we mnie bezdyskusyjne  argumenty.

Porzucając dom rodzinny, porzuciłam też sobotność wymuszoną; porzuciłam, lecz nie uwolniłam się od niej do końca. Jak mi się nie chce, to nie sobocę na siłę i antysobotność uprawiam przed telewizorem w godzinach szokujących, sobota bez sobotności dziwną mi jest jednak i niespełnioną do końca, choćbym nie wiem jak chciała to przed sobą ukryć.  Bunt buntem, ale mi podłoga brudna spokój zakłóca i tygodniowy rytm, tydzień mi się chwieje potem i kuleje, sobotność mi się na poniedziałki i wtorki rozlewa, poniedziałkowość i wtorkowość wypierając niepewnie, choć niewiele mają na swą obronę.

Jest w tej sobotności jakaś siła twórcza – co mi środy rozsypią i czwartki zabrudzą, to w sobotę ułożę na nowo. Wyszoruję, wyczyszczę, poukładam, pościeram. Zrównam, spiorę, odświeżę, wypucuję, przemyślę. Na zewnątrz łatwiej, lecz od czegoś trzeba zacząć. Na zewnątrz widać, więc poczucie będzie chociaż, wrażenie. Można będzie na nowo w poniedziałek ruszyć. Z czystym kranem, z czystą głową zapanować chwilowo, poudawać panowanie.

Opublikowano Między innymi | 1 komentarz

Czapka Nowotka

Nowy nie ma łatwo. W rodzinie Nowy, w pracy Nowy czy Nowy w towarzystwie. Nowość Nowemu język blokuje i osłabia riposty. Na kanapie go sadza i każe siedzieć cicho, choćby w Beznowości  codziennej  milczącym nie był wcale.  Środki mu ogranicza wyrazu i wyrazy. Komentarze przepuszcza tylko wyważone, najlepiej w formie odpowiedzi. Nowy niech siedzi i słucha. Niech czeka Nowy cierpliwie i z Nienowością się oswaja, na oswajanie pozwalając wzajemne.

Nowy chciałby być Nienowym jak najszybciej, bo mu Nowość, rzecz jasna, doskwiera. Nie ma to jak Nienowym wśród Nienowych być i z pobłażaniem życzliwym na Nowego zerkać, Nienowość swoją demonstrując swobodnie, uśmiechem, słowem, gestem.  Nienowość na swobodę pozwala, a Nowość  ją tłamsi jak surowa niańka. Wychylać się Nowość zabrania stanowczo i Czapkę Nowotkę zdejmować, chociaż niewygodną. Nowy by może chciał, lecz wie, że nie wolno. Na siłę nie wolno zwłaszcza, bo to grozi.  Nowy swoje odczekać musi,  przemilczeć musi i przetrawić grzecznie. Nowy musi pozwolić, by Nowość z niego sama odpadała jak wyschnięty kokon.

No chyba, że Nowy nie wie, że nie wolno. Jak Nowy nie wie, że nie wolno, to źle. Porządek i nastroje niewiedzący Nowy burzy, gdy Nowość swoją na siłę chce zerwać, zagłuszyć ją mową gęstą, częstą, nietrafioną. Mowa gęsta i częsta u Nowego drażni, zwłaszcza, gdy w Nienowość niewstrzelona jeszcze, nieumiejętnymi żartami pokryta i hasłami wziętymi od Nienowych jak swoje. Nienowi słyszą to i szepczą. Nienowi zwierają szeregi. Zamilcz Nowy, czapkę ubierz i czekaj aż Nienowość przyjdzie sama, chciałoby się ostrzec nieświadomego, co się z Nowości swojej chaotycznie, publicznie rozbiera. Chciałoby się, ale się nie ostrzega, no bo jak. Przegiął, trudno, zbłądził, trudno, w Czapce Niewidce siedzi teraz i się dziwi biedny.

Opublikowano Między innymi | 2 komentarze

Protokół z.

Dnia 28 maja bieżącego roku w okolicach godziny 21 Poszkodowana Aneta S. udała się do pubu RE znajdującego się przy ulicy Mikołajskiej 5 w celu odbycia spotkania towarzyskiego. Po przybyciu do lokalu dokonała zajęcia miejsca przy stoliku i przywitania się ze znajdującymi się tam koleżankami w liczbie sześciu,  a następnie skierowała się do baru z zamiarem zakupu piwa Kasztelan, rodzaj: ciemne, liczba: jeden, który to zamiar zrealizowała za cenę 9 PLN, słownie: dziewięciu.  Następnie Poszkodowana wróciła do stolika, dokonując zawieszenia torebki na oparciu krzesła aktualnie zajmowanego przez nią w charakterze siedliska i jednoczesnego włączenia się do rozmowy na temat „bruneci czy blondyni” zaproponowanego przez. Martę K. koleżankę Poszkodowanej, żonę blondyna, lecz – jak się okazało – miłośniczkę brunetów.

Po upływie czasu, określonego przez Poszkodowaną jako „nie dłużej niż 10 minut” w celu sprawdzenia godziny rozpoczęła ona – z początku powolne, stopniowo jednak coraz bardziej gwałtowne, poszukiwania telefonu komórkowego marki Nokia, rocznik 2010, znaków szczególnych – brak, należącego do ww. Poszukiwania, do których po pewnym czasie włączyły się koleżanki Poszkodowanej w liczbie sześciu, nie odniosły jednak pożądanego skutku, ujawniając jednocześnie brak portfela Poszkodowanej, marki niepamiętanej, którego zawartość stanowiło kolejno:  200 złotych (słownie: dwieście), dowód osobisty, karta debetowa, pięć wypłowiałych paragonów, kilka świstków o wartości sentymentalnej oraz kilka kart stanowiących dowód  przynależności ww. do programu Rodzinka, członków klubu fitness,  klientów zakładu fryzjerskiego Trendy Fashion oraz pacjentów LuxMedu.

Po przeżyciu pierwszych objawów szoku Poszkodowana dokonała przypomnienia sobie faktu, że przy stoliku obok siedział wcześniej elegancko ubrany mężczyzna niezaopatrzony w napój alkoholowy ani żaden inny, zaopatrzony natomiast w plan miasta w formie szeroko rozłożonej na stoliku, który to mężczyzna w pewnym momencie znacząco przysunął krzesło do jej krzesła, wzbudzając tym samym lekkie zdziwienie Poszkodowanej, nie wzbudzając jednak podejrzeń, co mogło wynikać z jej zaangażowania w rozmowę, ale też z postawy ufności wobec innych ludzi, której Poszkodowana obecnie żałuje. Przypomniany fakt został uwiarygodniony zbieżnymi wspomnieniami koleżanek w liczbie sześciu, a następnie skonfrontowany z faktem, że mężczyzna już zniknął.

Po przeżyciu drugich objawów szoku Poszkodowana za radą koleżanek w liczbie sześciu i dzięki ich materialnemu wsparciu (użyczenie telefonu) zatelefonowała do banku Wyższa Kultura Bankowości w celu zastrzeżenia karty debetowej oraz dowodu. Podczas rozmowy telefonicznej uzyskała informację, że cel ten nie może zostać zrealizowany, gdyż nie przeszła ona poprawnie weryfikacji tożsamości klienta z powodu brak znajomości odpowiedzi na pytanie o serię i numer dowodu osobistego. Tłumaczenie przyczyn niemożności uzyskania tejże odpowiedzi w danym momencie (patrz: akapit 2, zdanie: 2), nie zostało uznane za „akceptowalne przez system”.

Po przeżyciu trzecich objawów szoku Poszkodowana za radą koleżanek w liczbie sześciu i ich dzięki materialnemu wsparciu (pożyczenie 20 złotych na taksówkę) udała się do domu z zamiarem ponownego wykonania telefonu do ww. banku oraz operatora sieci Chwile Które Łączą, tym razem jednak, po wcześniejszym odnalezieniu w posiadanych dokumentach wszystkich informacji potrzebnych do zweryfikowania Poszkodowanej jako Poszkodowanej. Po przybyciu do domu zamiar swój zrealizowała w atmosferze narastającej złości wyrażonej kilkudziesięcioma niecenzuralnymi słowami  użytymi wobec męskiego głosu reprezentującego Chwile, Które Łączą, który to głos przez około  15 minut uniemożliwiał jej połączenie z konsultantem, nakazując wciskanie gwiazdek, numeru 1 (słownie: jeden), numeru  2 (słownie: dwa), numeru 4 (słownie: cztery) oraz wysłuchiwanie informacji o wszystkich Promocjach skierowanych do osób właśnie takich jak Poszkodowana.

Po wykonaniu wszystkich opisanych wyżej czynności Poszkodowana położyła się spać w celu niezaśnięcia przez całą noc, a następnie udała się na Komisariat Policji z zamiarem  złożenia powiadomienia o zaborze mienia i po raz pierwszy w życiu uzyskała status Poszkodowanej potwierdzony pismem z pieczątką, przez co Poszkodowana poczuła się wyjątkowo, ale tylko trochę.

Poszkodowana została pouczona o konsekwencjach składania fałszywych zeznań i potwierdza, że wszystko to jest prawda i tylko prawda. Jednocześnie chce dodać, że najbardziej to jej tego portfela żal, bo była przywiązana. I że w ogóle jej żal.

Opublikowano Między innymi | 4 komentarze

Żeśmy pogadały

Wreszcie, wreszcie spotkanie, w gronie dzieci spotkanie, ale urósł, fajniutki, cud, że nam się udało. No więc kawa, herbata, opowiadaj, co słychać, tak, jest piesek, po latach, piesek robi hau hau.

Jak tam, powiedz, te plany, idzie jakoś to wszystko, śliczny piesek jest, dobrze, nie narzekam, am am.

A u ciebie? Nie wkładaj, nadal myślisz, nie ruszaj, myślę, nie płacz, że chciałam, cioci pieska daj, daj.   

A pamiętasz jakeśmy? Coś tam chyba pamiętam. Było, nie ma, minęło, nie ma, nie ma, jest piesek.

Teraz to wiesz, nie rzucaj, ciężko czasem, nie biegaj, lecz ogólnie to ujdzie, zostaw, tak jest jak jest.

Kiedyś tośmy o życiu, o miłości, masz soczek, na wskroś, teraz, wiesz, konik, patataj, patataj.

Szkoda, czasu niedużo, co tam jeszcze, mów szybko, szybko, szybko nocniczek, dobrze, że już jest maj.

Nie przeszkadza, no co ty, bardziej bawi mnie nawet, żeśmy kiedyś tak na wskroś, no a teraz, husiaj.

W każdym razie się cieszę, dobrze czasem pogadać, no to trzymaj się, puść to, wkrótce, pa pa zrób, baj.

Opublikowano Między innymi | 7 komentarzy