Przedział domknięty

Wybija siódma godzina mojej podróży pociągiem z Poznania do Krakowa. Patrzę na przewijające się za oknem portrety pięknej naszej polskiej ziemi i myślę o ludziach, którzy w tym samym czasie, w którym ja mościłam się w przedziale, wsiedli do samolotu z takiej na przykład Warszawy do takiego na przykład Chicago. Że już pewnie dolatują. Albo – torturuję się jeszcze mocniej – ci, co wsiedli do samolotu do Paryża. Że oni zdążyli już dolecieć, rozpakować się, zrobić sobie kilka radosnych zdjęć przed wieżą Eiffla i nauczyć się podstaw francuskiego.

Potem, tradycyjnie jak co dziesięć minut, przekładam ciężar ciała z jednego pośladka na drugi i nogę prawą na lewą. Moje poruszenie działa jak efekt domino – pozostała siódemka pasażerów, jeden po drugim, także decydują się na drobne zmiany pozycji. Tu teraz ręce będą założone, a tu wyprostowane. Tu następuje ostrożne podciągniecie się do siadu prostego, tu dramatyczne złamanie wpół i złożenie głowy na kolanach. Przy okazji dochodzi oczywiście do pojedynczych potrąceń łokci, zderzeń kolan i muśnięć stóp, za które nikt już nawet nie przeprasza. Siedem godzin temu wszyscy zaakceptowaliśmy przecież niepisaną Umowę o Wzajemnym Przypadkowym Dotykaniu.

W kategorii miejsc, w których najbardziej nie lubię przebywać, przedział pociągu zajmuje pozycję drugą. Zaraz po Toi Toiu, a tuż przed Siedzeniem Pasażera w Samochodzie, Który Prowadzi Jedna Taka Moja Koleżanka. Jak jadę dłużej niż trzy godziny, klimat Toi Toia nie wydaje mi się już taki zły i przedział wskakuje na miejsce pierwsze.

Bo kto to w ogóle wymyślił. Żeby osiem nieznajomych sobie często osób zamknąć na wiele godzin na trzech metrach kwadratowych i usadzić czwórkami naprzeciwko siebie. Tak blisko, żeby wchodzili sobie w pole widzenia, słuchali wzajemnego chrapania lub burczenia w brzuchu, oglądali reakcje swoich twarzy podczas drzemki i ćwiczyli unikanie kontaktu wzrokowego. Przecież to brzmi jak jakiś psychologiczny eksperyment, ewentualnie symulacja funkcjonowania małżeństwa ze znaczącym stażem.

A w tym wszystkim albo cisza albo próby rozmowy. Sama nie wiem, co wolę, chyba już tę ciszę, bo rozmowy na jakie natrafiam w pociągach, z jakichś powodów mają najczęściej charakter powierniczo – narzekający: powierzam ci moją historię, abyśmy wspólnie nad nią ponarzekali. Gram więc zwykle na ciszę, odżegnując się tym samym od genów mojej mamy, która jest najlepszą, jaką znam, przełamywaczką ciszy w miejscach publicznych i mogłaby być wysyłana na wszelkie drętwe spotkania jako Specjalna Jednostka Zagadująca. Gdyby mnie zobaczyła, załamałaby ręce, ale co tam, w pociągu mogę pozwolić dojść do głosu genom mego ojca.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Między innymi i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s