Umysł na peryferiach

Jest wiele ludzkich umiejętności, które budzą mój podziw i zazdrość, na pierwszym miejscu znajduje się jednak szybkie przeliczanie czegoś w myślach i tłumaczenie komuś drogi. Ani jednej ani drugiej nie posiadłam w stopniu choćby podstawowym i muszę przyznać, że brak pierwszej coraz bardziej mnie męczy, a brak drugiej coraz bardziej zawstydza.

Zawstydzona stoję przed każdą osobą, która w wyniku dziwnych myślowych kalkulacji to właśnie mnie zdecydowała  się wybrać spośród dziesiątek przechodniów na kogoś, kogo można zapytać o drogę. Na początku zawsze czuję się wyróżniona. I zawsze strasznie chcę pomóc. „Żeby było łatwe! Żeby było łatwe!”, zaklinam w duchu, gdy już domyślam się celu, w jakim zbliża się do mnie osoba z pytająco – onieśmielonym spojrzeniem.   Tylko że  „łatwe” w moim przypadku musiałoby znaczyć – tu, gdzie akurat stoimy. Raz los się do mnie uśmiechnął  i ten właśnie raz muszę zanotować jako jedyny przypadek, kiedy poprawnie wskazałam komuś drogę. Po dłuższym wahaniu co prawda, ale nie czepiajmy się szczegółów. Poza tym mam na swym koncie niezliczone przypadki wysłania ludzi na jeden z końców miasta, za miasto, do wsi za miastem, do drugiej wsi za miastem i chyba też na księżyc. A oni wszyscy chcieli na Rynek.  Nie zdziwiłabym się, gdyby powstało kiedyś Towarzystwo Poszkodowanych przeze mnie. Na razie nie powstanie, bo część osób kierujących się moimi instrukcjami ciągle jeszcze błąka się pewnie gdzieś po Małopolsce. Biedni.

Kiedy osoba pytająca wymienia nazwę ulicy albo obiektu, który znam i w dodatku często mijam, w mojej głowie radośnie zapala się mała lampka.  Że znam i wiem.  I że uff. Widzę to miejsce oczami wyobraźni i przypomina mi się, że niedawno tamtędy przechodziłam i że na przykład padał deszcz. Tu jeszcze wszystko działa poprawnie. Potem następuje moment ustalania, gdzie w tej chwili znajduję się ja, a wraz ze mną osoba, której chcę pomóc. To już zajmuje dłuższą chwilę, ale ponieważ z wiadomych względów staram się nie wypuszczać w nieznane mi obszary miasta, ten etap także wieńczy sukces. Schody zaczynają się w momencie, gdy muszę połączyć w głowie docelowy punkt A z otaczającym mnie punktem B. Po prostu nie da rady.  Mój umysł robi się ciężki i jakby zamglony, zamglone stają się też wszystkie obiekty i ulice, które powinnam umieścić między wyznaczonymi punktami. Obraz miasta z lotu ptaka, który próbuję odtworzyć w mojej głowie, wygląda jak niedbały dziecięcy rysunek – w jednym miejscu jakiś domek, w drugim zameczek, w trzecim rzeczka, a wszystko to na tle zamalowanej byle jak na niebiesko kartki. Kiedy słyszę osoby, które zapytane o drogę odpowiadają na przykład: „Prosto do skrzyżowania, na skrzyżowaniu w prawo, potem druga ulica w lewo i pierwsza w prawo…” opada mi szczęka i mam ochotę bić brawo.

Podobnie reaguję wtedy, gdy ktoś wygłasza przy mnie takie na przykład zdanie:  „To jak mamy 13 w 25 minut, to w 10 minut będzie 4, czyli jakieś 30 procent…” Mgła pokrywa mój umysł natychmiast po usłyszeniu pierwszej liczby, przy słowie „procent” robi się w nim dodatkowo chłodno i ciemno. Mrugam więc tylko nerwowo i słucham z nabożnym szacunkiem, jak dziecko, które pierwszy raz w życiu zobaczyło królika wyjmowanego w kapelusza.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Między nami i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Umysł na peryferiach

  1. Pingback: By nie wyjść na | Bez okularów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s